Teatr Cieni

Koleżanka Ganesha poruszyła temacik seksu, no dobrze :)

Zostałem odrzucony tylko raz w mojej długoletniej karierze w tym „Teatrze Cieni”, było to bardzo bolesne uczucie. Ale na szczęście już dawno zapomniane. Kiedyś sobie powiedziałem, że „nie szukam miłości, będzie chciała, to mnie sama znajdzie”. A seks?

Seks jest, w tej kwestii nie narzekam :)

Jakiś czas temu, podczas spaceru, przeanalizowałem sobie ten mój brak chęci szukania miłości. Mój lęk, bo to jest lęk, nie ma co ukrywać, bierze się właśnie ze strachu przed powiedzeniem partnerowi, że w związku będzie nas trójka. Próbowałem sobie wyobrazić siebie z tej drugiej strony i bez tej wiedzy, którą posiadam obecnie. Wierzcie, nie wypadłem najlepiej :(

Zresztą lubię swoje towarzystwo, mam też fajne przyjaciółki dwie, wspominałem już o nich, tak, że nudy nie ma. Nie pozwalają na to :)

Po za tym staram się myśleć pozytywnie, nie rozpamiętywać tego, co bolało, o takich rzeczach staram się szybko zapominać. Toteż z reguły długo się nie gniewam. A przecież, tak naprawdę, moi drodzy, nikt z nas nie jest sam, mamy swojego osobistego „przyjaciela”, o którego trzeba dbać i dopieszczać, żeby kapryśny nie był i konfliktów nie wszczynał.

Dosłownie jak w związku.

Bonifacy

Postanowienia noworoczne?

W związku z rozpoczęciem się nowego roku naszły mnie refleksje dotyczące noworocznych postanowień! Czemu to robimy, czy warto je tworzyć i co z nich wychodzi? Moje przemyślenia zaczały się kiedy wszyscy znajomi planowali imprezę sylwestrową. Nigdy nie rozumiałam fenomenu tej imprezy. Pewnie to moja ogólna niechęć do sytuacji w których wypada, powinno się coś robić, poczucie presji że trzeba. W okresie przed-sylwestrowym wielokrotnie mnie pytano: “masz jakieś postanowienia na nadchodzący rok?”...matko a powinnam? Nie zastanawiałam się nad tym! Pewnego razu w odpowiedzi zapytałam: a Ty? ..”hm no wiesz mam plan rzucić palenie, zacząć ćwiczyć jogę i podjąć leczenie”. Wtedy mnie olśniło. Ludzie, my, potrzebujemy rytuałów, norm, pewnych z góry ustalonych momentów w życiu które pozwolą nam na uporządkowanie pewnych sfer swojego życia. Koniec roku, okres świąteczny, sylwestrowy ma sens, nawet dla osób które nie są wierzące, nie przywiązują wagi do symboli. Możemy wykorzystać ten czas na refleksję, dokonanie pewnych zmian. Sytuacją idealną byłoby gdybyśmy byli zdolni robić to bez tak dużej presji społecznej, ale w ferworze natłoku spraw życia codziennego nie jest to rzeczą łątwą. Także idąc dalej życzę wszystkim żeby takich “Świąt” i “Sylwestrów”, które mobilizują nas do remamentu w naszym życiu było więcej niż tylko raz w roku!

Ganesha

"Pierwszy" dzień z HIV

Dla większości otrzymanie informacji o zakażeniu jest szokująca a czasami tragiczna. W moim przypadku nie było inaczej. O swoim zakażeniu dowiedziałem się w Stacji Krwiodawstwa w Warszawie na Saskiej. Poszedłem oddać krew, minął rok odkąd oddałem ostatni raz w Krakowie, a zawsze starałem się robić to regularnie. Ale ostatni rok nie był dla mnie łaskawy, ale to nie ważne.

Zgłosiłem się do rejestracji, pielęgniarka wzięła moją legitymacje honorowego krwiodawcy i poszła, wróciła za chwile i mówi, że dyrektor stacji chce ze mną rozmawiać. Byłem bardzo zdziwiony czego chce ode mnie dyrektor od zwykłego oddawacza. Zostałem zaprowadzony do gabinetu. Pan dyrektor siedział za ogromnym rzeźbionym biurkiem a obok biurka leżał ogromny owczarek niemiecki, który cały czas nie spuszczał ze mnie swoich ślicznych ślepi. Pan dyrektor poprosił żebym usiadł na kanapie naprzeciwko niego, jak usiadłem pan dyrektor powiedział tak:

⁃ Mieliśmy z pana krwią niezły problem - powiedział to nawet nie patrząc na mnie.
⁃ Jaki? - zapytałem.
Wtedy właśnie usłyszałem te magiczne słowa: "Jest pan zakażony wirusem HIV".

Moje pytanie dla wielu będzie śmieszne, ale ja naprawdę nie wiedziałem co to jest. Dopiero wytłumaczenie mi, że HIV i AIDS to nie to samo uświadomiło mi, że dużo się będzie musiało zmienić.

Ale nie informacja o zakażeniu była dla mnie szokiem, słuchałem opowiadania dyrektora jak w amoku. Otóż krew, którą oddałem rok wcześniej, nie przebadano a od razu została przetransportowana do różnych szpitali w Polsce.

Jeden ze szpitali przebadał krew, którą mu dostarczono i wykryto wirusa, zaczęto iść śladem pozostałych próbek i natrafiono na kilkanaście osób, którym moja krew została podana, na szczęście tych ludzi do zakażenia nie doszło w żadnym z tych przypadków.

Wyszedłem stamtąd nie wiem jak, świat wkoło wydał się inny, nawet ludzie inaczej na mnie patrzyli. I tak znowu moje życie zakręciło mną bączka.

Bonifacy

Mlecze

„Pewien człowiek, niezmiernie dumny z trawnika w swoim ogrodzie, zauważył nagle, że na tym trawniku wyrosło mnóstwo mleczy. I choć próbował wszelkich sposobów, żeby się ich pozbyć, nie potrafił zapobiec temu, by stały się prawdziwą plagą. Wreszcie napisał do ministra rolnictwa donosząc o wszelkich usiłowaniach, jakie był podejmował, i zakończył list pytając: "Co mogę zrobić?" Wkrótce nadeszła odpowiedź: "Radzimy Panu nauczyć się je kochać".

Ja również miałem trawnik, z którego byłem bardzo dumny, i również mnie dotknęła plaga mleczy, które próbowałem zwalczyć wszystkimi możliwymi sposobami. Tak więc nauczyć się je kochać,  nie było wcale łatwo. Zacząłem mówić do nich codziennie. Serdecznie i przyjaźnie. One jednak odpowiadały mi gorzkim milczeniem. Jeszcze ubolewały nad walką jaką im wytoczyłem. Prawdopodobnie miały też jakieś wątpliwości co do moich motywów. Nie musiałem jednak czekać długo, by zaczęły się uśmiechać i uzyskały spokój. Wręcz zaczęły odpowiadać na to co im mówiłem. Szybko zostaliśmy przyjaciółmi. Oczywiście, że mój trawnik uległ zniszczeniu, ale za to jak uroczy stał się mój ogród!”

To fragment bajki  (przypowieści?), którą  napisał Anthony de Mello, hinduski jezuita, psychoterapeuta i mistyk. Pamiętam gdy natknęłam się na nią po raz pierwszy. Proces negacji, walki, gniewu i zwątpienia był mi dobrze znany, to były pierwsze lata mojego życia z HIV, z moim mleczem.

-Pokochać? Co za bzdura! - Pomyślałam wtedy zirytowana i odechciało mi się zastanawiać na sensem całości.

Całkiem niedawno przeczytałam ją znowu. Uważnie. Jakiś czas „nosiłam ją w sobie”. Obracałam i smakowałam na różne sposoby.  Zastanawiałam się, ile czasu straciłam na swoją osobistą walkę z mleczami, choć to i tak uznałam to za nieistotne. Najważniejsze wydało mi się pogodzenie z utratą trawnika i zadbanie o swój ogród.

Wciąż się staram i czuję, że jestem na dobrej drodze:)

Libra

Kochaj mnie mimo wszystko

Chciałabym poruszyć temat, który dla mnie, odkąd dowiedziałam się o zakażeniu, był tematem najtrudniejszym. Mam na myśli - relacje. W moim przypadku chodzi o relacje damsko-męskie. Kiedy dowiedziałam się o zakażeniu, automatycznie, bez mojej świadomej kontroli, pojawił mi się w głowie jeden wielki napis “HALT” dla mężczyzn. Wiązało się to z lękiem: o tę drugą osobę, o to że mogę jej zrobić krzywdę, o siebie, o to że mogę zostać zraniona, odrzucona. Kiedy zostaje Ci wlepiona etykietka “HIV”, zaczynasz czuć się jak wybrakowany produkt, niewart, niegodzien. Przez ponad rok borykałam się z rozdwojonym JA - Ja-człowiek i Ja-zakażenie. Połączenie tych dwóch części i sprawienie, że Ja-zakażona nie jest dominujące, było ciężkie i pewnie nie udałoby mi się gdyby nie wsparcie wielu osób. Mam tu na myśli spotkania z osobami zakażonymi, wsparcie rodziny i przyjaciół.

Ponieważ mam dopiero 26 lat, wiele osób namawiało mnie, żebym nie zamykała sobie tych drzwi i próbowała, więc spróbowałam. I tak postanowiłam iść na pierwszą randkę w swoim nowym życiu. Pojawił się kłopot - czy powiedzieć? Kiedy powiedzieć? Jak powiedzieć? Poczekać, żeby mnie poznał? Czy może od razu, bo tak bardziej “fair”? Wojna toczyła się w mojej głowie bez przerwy, ale nie trwała długo. Ponieważ jestem osobą niecierpliwą, postanowiłam powiedzieć już na drugim spotkaniu. Facet wydawał się dość świadomy, wrażliwy, inteligentny no i żywo mną zainteresowany. Niestety, jego reakcja była nie do końca taka, o jakiej bym marzyła. Więcej już się nie spotkaliśmy. Mimo, że do niczego między nami nie doszło, chłopak postanowił się zbadać, mimo infromacji ode mnie, przesłanych stron z rzetelną wiedzą - nieuzasadniony lęk i stereotypy wzięły górę. Historia taka jak ta zdarzyła mi się jeszcze tylko raz. Później zrezygnowałam z uzewnętrzniania się i czekałam aż znajdzie się ktoś godny tego, żeby po raz kolejny narazić się na taki stres.

Jestem osobą, która w swoich marzeniach i planach nie znosi kompromisów dlatego po kilku nieudanych próbach byłam dość zrezygnowana. Ale wiedziałam, że nie zwiążę się z kimś, kto mnie nie zainteresuje od czubka nosa po koniuszek małego palca u stopy tylko dlatego, że mnie zaakceptował. Teraz wiem, że odpowiedzialność w związu zawsze rozkłada się 50/50, że jestem przede wszystkim człowiekiem i póki jestem uczciwa, to nie mam prawa obarczać się odpowiedzialnością za czyjeś decyzje.

Na szczęście, choć wciąż jestem w mniejszości, dziś jestem w szczęśliwym związku, z cudownym człowiekiem który w pełni mnie akceptuje i nie stanowi to dla niego żadnego problemu.

Ganesha

Akceptacja

Należę do tych szczęściarzy o których rodzina wie o zakażeniu. Moi rodzice już nie żyją. Gdy wyszło na jaw, że jestem gejem, jedyną osobą, która tego przez wiele lat nie mogła zaakceptować, był ojciec, ale to chyba dla każdego faceta jest zrozumiałe - pierworodny i gej. Matka i piątka rodzeństwa - nie było problemu. Najbardziej mi zależało na akceptacji mojego młodszego brata, nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. I on najbardziej mnie zaskoczył. Wiele, wiele lat wstecz (miał chyba wtedy może z siedemnaście lat) zaprosiłem go na Sylwestra do znajomych na Saską Kępę. Obiecał, że przyjdzie, ale z kumplami też robił jakąś imprezkę, więc po imprezce. Czekałem, było już ok trzeciej nad ranem, stałem w ogrodzie i wyglądałem. Czułem, że będzie napity i może zabłądzić. I miałem rację. Szedł, głowa spuszczonaa ale chód prosty, nie zataczał się. Gnojek z Targówka przez Szmulki na piechotę doszedł na Saską Kępę, włosy zjeżyły mi się na głowie. Dzisiaj mało kto pamięta, że Szmulki, Ząbkowska i Brzeska to był Trójkąt Bermudzki, wszedłeś tam, mogłeś nie wyjść, a jak wyszedłeś, to pusty.

Mówię mu, że w tym stanie powinien pójść do domu spać, a on mi na to „Przecież obiecałem Ci, że przyjdę”. Całkowicie mnie rozbroił, do dziś, mimo jego gburowatego sposobu bycia, bardzo go kocham, chociaż on uważa, że go nie lubię. Myli się. Gdyby człowiek się nie mylił i nie popełniał błędów, wtedy wszelkiego rodzaju religie i Bogi nie byłyby nam potrzebne, sami bylibyśmy Bogami.

Wracając do „zarazka” - nie pamiętam jak poinformowałem rodzinę o zakażeniu, ale nie było jakichś szokujących reakcji czy odrzucenia, nawet ze strony ojca. Wręcz przeciwnie, czułem jego wsparcie, ale nigdy na ten temat ze mną nie rozmawiał. Jedyną osobą, która nie wiedziała o zakażeniu, był mój bratanek. A dowiedział się o tym przy wielkanocnej kolacji 2014. Miałem na talerzyku przygotowaną wieczorną porcję leków (pięć tabletek). Spojrzał i pyta:

- Wujek, na co to?
- Na HIV - odpowiadam.
- Na co? - pyta ponownie, bo nie dosłyszał.
Na AIDS.

Zrobił zdziwioną minę, ale reakcja wielu na jego odpowiedź, jak to opowiadam, jest różna. Odpowiedział mi:

– Super, Wujek! :)

Myślałem, że wie, nawet go zapytałem, czy rodzice mu nic nie powiedzieli. Nie powiedzieli.

To „Super, Wujek” nie było radością, że jestem zakażony. To była forma radości, że potrafię o tym powiedzieć wprost. To też był mój rodzaj samoakceptacji pierwszy raz od wielu lat, przynajmniej w tej kwestii.

Bonifacy

Chcę zarażać pasją - nie HIVem

Witam was! Chciałbym zarazić was moją pasją - bieganiem. Odkryłem ją niedawno, bo w zeszłym roku. Tak mi się spodobała, że organizm teraz sam się dopomina – idź pobiegaj. Chyba znowu się od czegoś uzależniłem, tym razem zdrowo, a to za sprawą tej mega ilości uwalniających się endorfin. Uczucie satysfakcji, zadowolenia, radości, szczęścia, miłości i doskonałego samopoczucia - wszystko w jednej dawce kilku kilometrów. Nie muszę biegać maratonu, tylko biegam i dostosowuje do własnych potrzeb zdrowotnych. Ja bieganiem się delektuję jak najsmaczniejszym przysmakiem na świecie i chce go więcej, jeszcze więcej, tak mi smakuje. I pomimo ogromnego zmęczenia, kiedy wracam do domu z myślą, że muszę 2 dni odpocząć, zregenerować siły, na drugi dzień już mnie coś ciągnie. Zakładam dresik, adidaski i hulaj dusza, zmęczenia nie ma.

Dzisiaj kolejny raz pokonałem najtrudniejszego przeciwnika - samego siebie. Pękła kolejna granica i, wierzcie mi, że jest to wspaniałe, cudowne uczucie. Tak, mam 50 lat, 25 żyję z wirusem, chorób tyle, ile palców na ręce, a brykam sobie po ścieżkach leśnych jak koziołek matołek. I uwierzcie mi w - mojej głowie NIE MA CHORÓB!

Pozdrawiam was i zachęcam do biegania!

Żółw skorupiak z Galapagos

Zarejestruj się

Jeżeli chcesz korzystać w pełni z naszego portalu, zarejestruj się.

Zarejestruj się
Zapraszamy do rozmów na czacie
Newsletter

Jeżeli chcesz otrzymywać od Nas informacje, wpisz Swój adres e-mail.

Formularz kontaktowy

* Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych

* pola wymagane

Projekt realizowany w ramach programu Obywatele dla Demokracji, finansowanego z Funduszy EOG.

Odwiedziny:

Copyright © Rodzina na Plus 2014

Proszę czekać...